Zmagania z pamięcią - cz. 6

Inna własna twórczość...
Awatar użytkownika
bronmus45
Postowiec Pospolity
Posty: 298
Data: 11 lut 2014, 8:37
Skąd: Szczecinek

Zmagania z pamięcią - cz. 6

Postautor: bronmus45 » 24 lut 2014, 17:55

Ja, cywil…

[justuj]22 kwietnia 1967 roku opuściłem wreszcie koszary wojskowe. Tak do końca nie będąc przekonanym, czy dobrze robię; nie godząc się na pozostanie w wojsku. To jednak były inne czasy niż dziś, a wojsko [mundurowi] zawsze jakieś przywileje miało. Nawet, a przede wszystkim mieszkania i wcześniejsze emerytury. Do domu w Strzeszynie podróżowałem z przerwami, no bo musiałem przecież odwiedzić po drodze Nową Hutę - brata, operatora Józka i innych znajomych z hotelu itp. W końcu w któryś wieczór poznałem rodzinkę mojego brata z rodzinką Józka; wierząc [po cichu] że może kiedyś dla Józka ta znajomość się przydać. Parę dni opowiadania, trochę picia i zastanawiania się, czy mam wracać do firmy, czy jednak zdecydować się na Szczecinek. Przeważyło w końcu [obiecane] mieszkanie…W Strzeszynie w sumie nie zabawiłem też dłużej niż kilka dni, no i pożegnawszy wszystkich, kogo tylko wypadało, wyruszyłem budować swoją przyszłość...
Do Szczecinka – już jako cywil – przyjechałem 1 maja. Załatwiłem nocleg w hotelu „Zamek” mieszczącym się właśnie przy PPRN [Prezydium Powiatowej Rady Narodowej], gdzie miałem zamiar podjąć pracę. Rano zgłosiłem swoje przybycie w sekretariacie Przewodniczącego, chwilkę poczekałem zanim zostałem poproszony do gabinetu – przedtem byli tam akurat jacyś goście. Krótka rozmowa i przekazanie sprawy do dalszego załatwiania sekretariatowi. Wszystko w porządku, na jakiś czas zaproponowano mi pozostanie w pokoju hotelowym, w którym właśnie spędziłem ostatnią noc – oczywiście na koszt firmy. Zgodziłem się, i w ten sposób od tego dnia zostałem zatrudniony w PPRN – Wydział Rolnictwa, Leśnictwa i Geodezji. Nie mam pojęcia, dlaczego we wszystkich dokumentach data przyjęcia do pracy to 1 maja tego roku. Przecież ten dzień był wielkim, państwowym świętem… Ale, pal licho… Faktycznie to byłem zatrudniony przy biurze geodezji, gdzie na co dzień woziłem geodetów na pomiary gruntów. Wszyscy – w rozsądnych okolicach mojego wieku – stali się z dnia na dzień moimi kumplami, bez jakichś tam „panów inżynierów”… Praca wyjątkowo nudna, no bo przez cały dzień gdy Oni ganiali po polach z niwelatorem, teodolitem czy innymi przyrządami razem z pomocnikami od łat i tyczek, ja siedziałem w samochodzie, czytałem książki lub po prostu spałem. Tłumaczyłem wielokrotnie kilku osobom, by zamiast zatrudniać przygodnych pomocników, opłacanych od zaraz na drugi dzień [chętnych było wielu], żebym to ja sam mógł sobie dorobić w ten sposób. Ci bowiem pomocnicy geodetów - to faktycznie zarabiali więcej, niż ja - ich szofer w tym czasie leniuchujący. No ale przepisy przepisami i koniec. W pokoju hotelowym mieszkałem prawie dwa miesiące, do pracy bliziutko – bo na tym samym podwórzu - więc nie było źle. Ja jednak przy każdej nadarzającej się okazji naciskałem na Przewodniczącego w sprawie przydziału prawdziwego mieszkania. Chyba na „odczepne” przydzielono mi dosyć duży pokój – zwolniony przez pewną rodzinę jako „nadmiernie metrażowy” dla ich malutkiej rodzinki. Zamieszkałem więc poniekąd jak „na stancji”. Niby z używalnością wszelkich dostępnych wygód, ale jednak to nie to… Rodzina bardzo w porządku – Ona dentystka, On inżynier chemik – młode małżeństwo, jeszcze wtedy bezdzietne. W jednym z pokoi razem z Nimi mieszkał też Ojciec Pani dentystki – również dentysta, ale ze względu na wiek i choroby już nie praktykujący. Bardzo niezręcznym był dla mnie wspólny z Nimi korytarzyk o drewnianej podłodze, skrzypiącej przy każdym kroku. No i wspólne drzwi wejściowe, tego przecież do niedawna jednego, rodzinnego mieszkania...Odwiedziny kolegów i koleżanek „u singla” zdarzały się na porządku dziennym, a były mimo wszystko wobec sąsiadów trochę krepujące. Przecież nikt cichutko nie będzie siedział – zwłaszcza po użyciu „rozmownej wody”. Nigdy nie miałem z Ich strony wymówek, sam jednak czułem się nieco skrępowany. Również energia elektryczna używana w moim pokoju „szła” na ich rachunek. Niby wymogłem na Nich konieczność pobierania ode mnie jakichś comiesięcznych kwot z tego tytułu; ale wszyscy z tym stanem rzeczy nie czuliśmy się dobrze. Załatwiłem w końcu w Zakładzie Energetycznym rozdzielenie naszych instalacji i podłączenie mi osobnego licznika. Przyszedł elektryk, instalację podzielił na dwie niezależne od siebie; z osobnymi zabezpieczeniami – licznik obiecał zamontować „jeszcze w tym tygodniu”. Przeciągnęło się do dwóch lat; mimo moich wielokrotnych monitów...Było to stare budownictwo; jeszcze przedwojenne – poniemieckie. W bardzo dużym mieszkaniu, zresztą w całym trzypiętrowym i długim budynku nie było łazienek, a ubikacje znajdowały się przy klatce schodowej – tzn. każde mieszkanie miało osobną. Sprawy kąpieli załatwiano więc – jak chyba większość mieszkańców ówczesnego Szczecinka, dopóki nie wybudowano nowych bloków mieszkalnych - w Miejskiej Łaźni [obok dawnej siedziby Straży Pożarnej]. Pozostawała sprawa piwnicy – chociażby potrzebnej do przechowywania węgla. Wygospodarowałem sobie na początku piwnicznego korytarza – tuż pod schodami do niej – dosyć nawet obszerne pomieszczenie; odgrodzone drzwiami, ze ściankami wykonanymi „fachowo” przez kolegów, lecz jakoś szkoda mi go było przeznaczać na węgiel. Sprawę ogrzewania przez palenie w olbrzymim, kaflowym piecu rozwiązałem w inny, bardziej „nowoczesny” sposób… Mianowicie, jako od zawsze „majsterklepka” zaznajomiony jako tako z elektrycznością [przeszło dwa lata Technikum], wykorzystałem dwie szamotowe cegły złożone i sklejone zaprawą murarską, na których trochę piłką do żelaza, trochę pilnikiem wyżłobiłem kilka rowków. W te rowki nawinąłem dwie spiralki grzewcze od kuchenki elektrycznej [razem około 1000 W], włożyłem do paleniska pieca, też oczywiście izolując od żeliwnych ruszt kawałkami szamotu i wykorzystując brak licznika energii elektrycznej przez dwa lata „bezpopiołowo” i „bezwęglowo” ogrzewałem sobie mieszkanie. Sąsiedzi z korytarzyka o tym „wynalazku” oczywiście wiedzieli, ale zapewne nawet Im na myśl nie przyszło mnie „podkablować”. Piec naprawdę rozgrzewał się znakomicie. Muszę tu jeszcze dodać, że cale umeblowanie tego pokoju składało się z mebli hotelowych – ni to „wypożyczonych”, ni to darowanych z Hotelu Zamek… Tak niedawno żołnierz, teraz miałem sporą paczkę cywilnych kumpli – i kumpelek – niektórych poznanych jeszcze za czasów służby wojskowej. Schodziło się to bractwo często u mnie, bo to i wolna chata i towarzystwo jakoś tam dobrane. Większość z nich to mieszkańcy ul. Zielonej – ja mieszkałem na ul. Koszalińskiej - od której to jako główniejszej - Zielona „odchodziła”. Czasami ta nadmierna ilość gości mi przeszkadzała - że tak powiem oględnie - w mojej prywatności… To wykombinowałem w oknie dwie kolorowe żarówki: jedna zielona, druga czerwona… Całe towarzystwo, wiedząc w czym rzecz dostosowało się momentalnie do systemu. Jak się świeciła zielona – dzwoń i wchodź, jak czerwona – w tył zwrot…i do pobliskiej „Jubilatki”...Oprócz wożenia geodetów do prac w terenie, czasami byłem wykorzystywany do rozwożenia różnej maści „prelegentów” po wiejskich zebraniach, przeważnie o tematyce rolniczej – ale nie tylko [bo i partyjnej]. Przebywając razem z Nimi [ z nudów ] na tych zebraniach wiele się dowiedziałem na akurat poruszane tam tematy. Woziłem również często Kierownika Wydziału Rolnictwa przy PRN Szczecinek – czyli mojego szefa [Zygmunt K.], na różne – nie zawsze służbowe – wyprawy. Poznał mnie więc ze strony mniej oficjalnej i w pełni zaufał mojej dyskretności. Czasami nawet spotykaliśmy się przypadkowo w „Jubilatce”, gdzie zawsze występował deficyt wolnych miejsc. Moi koledzy i ja sam, jako codzienni bywalcy mieliśmy tam dobrych znajomych w całej obsłudze tej kawiarni. Dlatego też, gdy Pan Kierownik [bardzo „porządny” i rozrywkowy facet], przychodził w jakimś nieznanym mi towarzystwie, to mógł spokojnie liczyć albo na dodatkowo przystawiony osobny stolik, lub też przysiadał się do mnie. Wtedy to przedstawiał mnie [z przymrużeniem oka] jako bliskiego współpracownika, na dodatek z tytułem inżyniera… Po pierwszym takim przedstawieniu mnie, to mało co nie schowałem się pod stół. Ja nawet nigdy nie rozróżniałem rodzajów zbóż rosnących przy drodze… Jednak p. Kierownik – sam jako inżynier rolnictwa – zawsze tak umiał pokierować rozmową, że trudniejsze tematy pozostawiał sobie. A i ja czasami radziłem sobie sam nieźle – w ocenie Kierownika – jeśli mi kompletnie nie odpowiadał jakiś temat, to tak niespodziewanie dla dyskutanta - jak i samego siebie – zadawałem pytanie niby to związane z zagadnieniem, ale jednak bardzo trudne do natychmiastowej odpowiedzi…Będąc w takich to „układach” z Kierownikiem, załatwiłem mojemu koledze Adamowi pracę kierowcy w tym samym Wydziale Rolnictwa. Pewien szofer [bardzo nielubiany] się zwolnił [?] i był po prostu wakat. To wszystko się działo w pierwszych miesiącach mojej pracy w PPRN. A mój kolega Adam M. pracował w tym czasie jako kierowca wywrotki w PSTBR Szczecinek. Niby tu mniejsze zarobki, a i brak „lewych” dochodów, lecz praca spokojniejsza i taka bardziej „czystsza”. Nie tylko z uwagi na czystość warunków pracy, lecz również na brak zagrożeń typowo „niezbyt zgodnych z prawem”, jak to bywało [i bywa] u kierowców wywrotek…Opisuję to akurat wspomnienie, bo wiąże się ono z pewną ciekawą historią z tego okresu mojego życia. Jest okres Świąt Bożego Narodzenia 1967, u mnie w pokoju mieszane towarzystwo damsko – męskie; sami znajomi z Zielonej… Pomiędzy nimi nasz wspólny znajomy Kazik S., który to „urwał” się z wojska bez oficjalnej przepustki; ot „na lewiznę” z pobliskiego Czarnego. Niespodziewanie i z zaskoczenia zjawia się w moim pokoju – bez pukania – patrol WSW z samym ppor. B. P. – moim byłym dowódcą Plutonu na czele… U mnie wszyscy po cywilnemu, legitymować zaś cywili to On nie mógł – chyba że w asyście MO. Zawołał mnie na korytarz i tak nawet „po ludzku” oświadczył – słuchaj Bronek [Jemu też tak na imię] – mnie tu jakby co nie było. Ale jeśli wśród Was jest ten „dezerter” z wojska, to niech lepiej jakoś opłotkami wróci do Jednostki, bo my mamy za zadanie Go złapać i w specjalny sposób obstawiamy Jego dom. A ja nawet domyślałem się jak – niedaleko od domu Kazika [jakieś 50 m] była stacja meteorologiczna i tam - tylko dla tego doraźnego celu pełnili służbę żołnierze WSW. Jeszcze prawie że „na siłę” wmusiłem w porucznika dobrą setę - tak na stojąco - i sobie poszli… Zaraz też odbyła się u mnie „bojowa narada”, na której to ustalono że służbowym samochodem z PPRN, którym na co dzień kierował kolega Adam należy tego „nieszczęsnego” Kazika odwieźć do Czarnego [raptem 20 km]. Wystąpił problem trzeźwego kierowcy. Adam się uparł, że to On sam odwiezie Kazika – samochód służbowy garażował na podwórku swojego domu. Jakoś udało się Mu wyperswadować, że nie może w takim stanie, że za duże ryzyko itd… Po namyśle znaleźliśmy „ewentualnie” trzeźwego kierowcę - naszego wspólnego kolegę, [TT] „nietrunkowego” - bardziej już „sfiksowanego” w tematach muzycznych… Jakaś tam nadzieja się w nas tliła, że i w Święta Tadeusz pozostał trzeźwym… Bingo… Siedział sobie w domu, słuchając muzyki… Mundur Kazika z Jego domu [sąsiad zza ściany Adama] do samochodu, trzeźwy kierowca za kierownicą podjeżdża pod CPN na Koszalińskiej [bardzo blisko mojego ówczesnego mieszkania] – trzeba było dolać paliwa. Ja w samej koszuli i w kapciach domowych podchodzę do niego z kasą na paliwo [a na pewno był wtedy na ulicy śnieg, bez większego mrozu] i tankujemy to paliwo…Jest już ciemny wieczór - niespodziewanie [?] pod CPN podjeżdża MO. Ja, Tadek i pojazd Adama z mundurem Kazika w środku lądujemy na KPMO w Szczecinku. Wszystko to, co działo się obok w CPN widziało towarzystwo z mojego domu, razem z „dezerterem” Kazikiem. I tu będzie jak w prawdziwym kryminale – ale to jest „najprawdziwsza prawda”. Jeden z naszej paczki znajomych – Jurek S. podkrada się po śniegu pod płot KPMO, i mimo szczekających tam w swoich budach psów milicyjnych przeskakuje ów płot, wykrada z samochodu kompletny mundur Kazika i w nogi… A nas po niezbyt długiej chwili spędzonej „na dołku” wzywają na przesłuchanie… Jedno pytanie, nawet nie z rodzaju: co po nocy wyprawialiśmy ze służbowym samochodem, tylko gdzie jest mundur Kazimierza S…Jaki mundur – jakiego Kazika i dlaczego my w tym wszystkim…? To były nasze zgodne, mimo że uzgodnione tylko jednoznacznymi znakami odpowiedzi.. Milicja bowiem przeszukiwała samochód dopiero po brawurowej akcji Jurka S… Nie spodziewali się takiej brawury, a ktoś nas z naszej paczki po chamsku musiał „podkablować”. Za dużo dokładnie detalicznych danych wyszło z ich pytań podczas przesłuchania… Domyślaliśmy się kto, no ale nikt nikogo za rękę nie złapał.. Kazik zaś ubrany już w mundur dotarł w tą samą noc do Jednostki po prostu taksówką… Na nas pod KPMO czekał w swojej czerwonej Skodzie brat Jurka – Andrzej, dzięki któremu Tadek i ja - w koszulinie oraz domowych kapciach [koniec grudnia nad ranem] dotarliśmy szczęśliwie do domów… Zaraz po Świętach kolega Adam w towarzystwie Kierownika odebrał z Komendy MO „zaaresztowany” samochód – bez większych kłopotów służbowych w stosunku do siebie… Już na samym początku mojej pracy w PPRN, bo już pod koniec maja dowiaduję się, że Pułkownik zostaje przeniesiony do innej Jednostki [Szczecin], a niedługo później bo już na początku lipca znajomy Przewodniczący PPRN idzie na urlop i już do pracy nie wraca… W ten sposób tracę równocześnie dwa „mocne wsparcia”, a ja jako dusza narowista i niespokojna musiałem znowu kiedyś tam popaść w jakieś kłopoty… Zbliżał się rok, odkąd to zacząłem pracę w PPRN. Trochę okrzepłem w tych cywilnych zawiłościach życia ówczesnego – dosyć ponurego okresu w całej historii naszego Kraju. Jako kierowca miałem obliczaną wypłatę co miesiąc na podstawie kart drogowych i wypisanych na nich ilości przepracowanych i potwierdzonych podpisem dysponenta godzin. Jakiś czas podejrzewałem, że coś w tych wyliczeniach nie gra… Przez jeden miesiąc regularnie, dzień po dniu spisywałem zgodnie z karta drogową – czyli dziennym rozliczeniem pojazdu i kierowcy – ilości moich godzin. Koniec miesiąca – wypłata i stwierdzam naocznie, że moje przepracowane godziny „po drodze” naliczeniowej gdzieś „wcięło”. Idę więc do gł. Księgowej [ pani R.], by się dowiedzieć, że wg. Jej wykształcenia i pełnionej funkcji – godzina składa się ze 100 [stu] minut, a nie jak mnie dotychczas uczono z 60 minut. I nie szło Tej Pani przekonać, że się myli, a to przecież o ok. 40% zaniżało moje zarobki… Jeszcze się na mnie obraziła, że jak ja śmiem podważać Jej fachową wiedzę… Pełna Pomroczność Jasna… Idę więc do Jej Kierownika, przedstawiam sprawę, a Ten oczywiście obiecuje wyjaśnić to nieporozumienie. Ale tylko obiecuje.. Więc po upływie jakiegoś czasu postarałem się o przyjecie mnie przez już nowego Przewodniczącego, by dalej dochodzić – ile to godzina ma minut...Już na drugi dzień po mojej rozmowie z Przewodniczącym nastąpiła reakcja ze strony Kierownika Finansów… Wezwał mnie do siebie, gdzie po wyjaśnieniu sprawy i obiecaniu zwrotu należnej mi różnicy w poborach za okres kilku miesięcy, przeszedł do całkiem innego i nieoczekiwanego tematu. Przedstawił się w tym momencie jako I sekretarz POP PZPR w PPRN i pyta mnie, dlaczego to nie opłacam składek partyjnych i nie przychodzę na zebrania…. Zdębiałem, bo nie wiedziałem kompletnie o co się rozchodzi… Okazało się – wg. Jego słów - których prawdziwości nigdy nie sprawdzałem – że ja w Wojsku byłem członkiem PZPR… Bardzo możliwe, że mój Dowódca Plutonu a równocześnie sekretarz tamtejszej POP w Wojsku, zapisał mnie do organizacji, nawet mnie o tym nie informując… Bo jak to by wyglądało, żeby kierowca Dowódcy Jednostki mógł być obcy ideowo… I tenże Pan Kierownik – sekretarz pyta mnie, czy mam zamiar nadal ukrywać swoją przynależność do Partii, czy też ureguluję zaległe składki i zacznę czynnie uczestniczyć w życiu tejże organizacji… Dla mnie to już było za dużo… Oświadczyłem Mu więc, że wtedy i tylko wtedy będę członkiem jakiejkolwiek Partii, jeśli ja sam stanę na Jej czele, a z tą nomenklaturową – PZPR owską bandą nie miałem, nie mam i nie chcę mieć nic do czynienia. Po tych słowach wyszedłem. Zaraz na drugi dzień – wezwany do kadr - otrzymałem wymówienie z pracy, jako nie spełniający określonych warunków związanych z kategorią Prawa Jazdy a przewozem osób. Faktycznie, miałem tylko „trójkę” – czyli trzecią kategorię prawa jazdy [w tych czasach obowiązywał tak określany podział]. Nie miałem nic do gadania, więc wykorzystałem zaległy urlop i z dniem 2.05.1968 r.[dokładna rocznica mojej pracy w firmie] rozstałem się z PPRN. „Stuminutowa” Główna księgowa – jako osoba o wszelkich uprawnieniach do pełnienia tej funkcji pozostała na swoim stanowisku, a na koniec swojej tam pracy otrzymała nawet jeszcze „chlebowy” medal… A mnie pozostało chociaż mieszkanie, bo nie było ono służbowe, a normalne: ADM – owskie...W tamtych czasach nie było zbyt trudno o pracę na stanowisku kierowcy. Oczywiście im wyższa kategoria posiadanego prawa jazdy – tym łatwiej. Ale i samochodów typu Żuk, Nysa czy pickup było mnóstwo w użyciu w wielu firmach na terenie Szczecinka. A ja na dodatek byłem chociażby trochę rozpoznawalny z okresu pracy w Powiatowej Radzie. Tak więc bez żadnych trudności załatwiłem sobie pracę kierowcy Żuka w OSM Szczecinek [jeszcze w „starej” siedzibie Mleczarni przy dawnym pl. Nowotki]. Pracę podjąłem dopiero po dwóch tygodniach urlopu, jaki sam sobie użyczyłem po „rozstaniu” z PPRN. Jeździłem Żukiem rozwożąc po okolicznych wioskach napoje mleczne. Praca taka sobie, lecz nie o niej a o wykorzystaniu tegoż Żuka do pewnej „kryminalnej” akcji. Pewnie mnie za to już teraz [po 45 latach] nie posadzą, a chcę w ten sposób przedstawić łatwość w bezczelnym okradaniu wszystkiego, co państwowe – czyli niczyje… Mój kolega Adam postanowił się ożenić. Mieszkać nie chcieli z przyszłą żoną u żadnego ze swoich rodziców. Na poddaszu piętrowego i długachnego budynku gdzie mieszkał Adam znajdowało się sporo miejsca – nawet wyposażonego w okna – by dobudować jeszcze kilka dodatkowych pokoi. Więc do dzieła… Potrzebny materiał do budowy ścian; najlepiej jakiś lekki i dosyć termoizolacyjny. W tym czasie za dużego wyboru to nie było. A na dodatek - zakup takowego graniczył z cudem… Należało bowiem mieć różnego rodzaju pozwolenia, asygnaty, ze dwadzieścia pieczątek dwudziestu różnych decydentów… I znajomości, bez których ani rusz… Sprawa krótka dla dwóch kumpli – przejazd Żukiem przez Szczecinek i przegląd akurat trwających „socjalistycznych” budów. Na jednej z nich widzimy niedaleko od ulicy wielkie sterty płyt wiórowo – cementowych. W sam raz na budowę ścianek. Na dodatek w miarę lekkich. Pełno ludzi kręcących się po placu budowy, a my dwaj „na bezczelnego” - w środku dnia - podjeżdżamy pod te sterty i bez zbytniego pośpiechu ładujemy na Żuka ile tylko się zmieści, obserwując zachowanie resorów w samochodzie… Nikt, ale to nikt nie zainteresował się kto i dokąd zabiera im sprzed nosa materiał… Płyt w zupełności starczyło na ścianki pokoju. Były potrzebne tylko dwie – jedna boczna i frontowa z drzwiami. W ten sam sposób gospodarczy „załatwiono” do pokoju drzwi – ale to już bez mojego udziału… Adam się ożenił, na weselu oczywiście byłem – nawet drużbą – zdjecie poniżej. Patrząc na wprost – z lewej strony ja, pośrodku Bożenka – sekretarka Wydziału Rolnictwa PPRN [razem ze mną – świadkowie], z prawej strony Adam, pośrodku siedzi sobie Pani Młoda – Daria [którą w tym momencie podszczypywaliśmy wszyscy stojący z tyłu]... Adam jeszcze długo pracował po moim odejściu w PPRN; nawet „Jego” służbowa, osobowa Nyska była wykorzystana na drugi rok podczas z kolei mojego wesela…[/justuj]

Obrazek

cdn

Wróć do „Inne”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość